Kobiecy Klimat

Nimfomania jest zdrowa. 

''W kinie 

Miłość to jedna wielka komedia, zresztą tak samo jak całe życie, o ile nie bierze się w niej udziału.

Louise Colet w liście do Flauberta

- Jesteś nimfomanką? - pyta Bill.

Siedzimy na mojej kanapie. Na tyle blisko siebie, że mógłby mnie do siebie przyciągnąć - o ile udzielę prawidłowej odpowiedzi. Widocznie uznaje to za bardzo prawdopodobne, bo przysuwa się o kilka centymetrów. Jest przystojnym sześćdziesięciojednolatkiem (młodszy ode mnie o sześć wiosen). Jest bogaty, nosi kaszmirowe marynarki i spodnie z doskonałej wełny. Oraz jeździ bmw i alfą romeo, oczywiście nie jednocześnie. Przyniósł mi drogie chianti, dobrą książkę oraz kwitnącego kaktusa. Za chwilę znajdziemy się na College Avenue, wybierzemy sobie jakąś restaurację i zjemy kolację. Bill zamówi z karty wszystkie interesujące dania, skosztuje cztery albo pięć rodzajów różnych hors d'oevre i entrée. Wypijemy butelkę wina, oczywiście francuskiego. Potem wrócimy do mnie, gdzie Bill będzie mógł kontynuować swój quiz na temat mojego życia seksualnego.

Kilka miesięcy temu skończyłam sześćdziesiąt siedem lat. Włosy mam już w zasadzie siwe, z nielicznymi przebłyskami czegoś, co dawniej wyglądało jak blond, brąz i popielaty. Twarz ze zmarszczkami, oczywiście wyrytymi przez mądrość. Oczy wciąż tak samo błękitne patrzą zza okularów. Zęby straciły wprawdzie nieco blasku, ale utrzymały amerykańską jakość: są mocne, proste oraz solidnie wykonane.

Pomimo oznak wieku, gdy jestem odpowiednio ubrana - to znaczy, gdy nie jestem rozebrana - wyglądam całkiem nieźle. Bez ciuchów gorzej. Moje ciało nie ma już dwudziestu pięciu czy czterdziestu pięciu lat. Ani nawet pięćdziesięciu pięciu. I nigdy nie miało kontaktu z chirurgią plastyczną, dlatego to, co było jędrne - obwisa, a to, co sterczało - opada. Oznaki śmiertelności, niestety, już po mnie widać. Ale teraz, gdy całkiem ubrana siedzę obok Billa, świat stoi przede mną otworem. I jestem przekonana, że on ma podobne wrażenie. Mimo wszystko kiepska ze mnie kandydatka do tytułu Miss Nimfomanii. Jak to się w ogóle stało, że wystartowałam w tym konkursie?

Może zostanę heroiną własnego życia? A może czarnym charakterem? Tego nikt nie wie. Ale do jednego mogę się przyznać: łatwo się podniecam. To w jakimś sensie jest odpowiedzią na pytanie Billa. Podnieca mnie widok łąk, dźwięk szemrzącego strumienia, piękna grafika - niekoniecznie erotyczna. Nawet kiedy leżę na kocu i czytam "Timesa" albo "The American Scholar", czuję czasami znajome łaskotanie pomiędzy nogami. Ale najczęściej podniecają mnie mężczyźni, a właściwie ich fragmenty. Uwielbiam męskie tyłki, nawet te niekoniecznie idealne. I nogi - faceci mają fantastyczne nogi, takie z długimi mięśniami, bez grama tłuszczu. Chodzę latem po ulicach i wgapiam się w nogi mężczyzn w szortach. Podniecają mnie: kark Johna, przedramię Billa, głos Sidneya, dłonie Roberta, nogi Grahama... No i penisy! Uwielbiam je. Mają najrozmaitsze kształty - są proste i zakrzywione, długie i krótkie, grube i cienkie. Fascynują mnie zarówno w postawie na baczność, jak i w stanie spoczynku. Robią ze mną cudowne rzeczy, a ja odpłacam im tym samym. Freud pisał, że mężczyźni pragną kobiet, natomiast kobiety potrzebują męskiego pożądania. Może i tak jest, ale - na mój rozum - kobiety wiele tracą, jeśli zadowalają się jedynie rozdętymi nozdrzami i chrapliwym oddechem.

Tak, jestem dość bezwstydna. Łatwo mnie zaciągnąć do łóżka. Puszczalska sześćdziesięciosiedmiolatka. Ale nie zawsze taka

byłam. Wkrótce się o tym przekonacie.

Psychologowie mówią, że każdą znaczącą zmianę w życiu poprzedza jakieś szczególne wydarzenie albo doświadczenie. Moja historia to potwierdza.

To było jesienią 1999 roku, gdy miałam zaledwie sześćdziesiąt sześć lat. Siedziałam w ciemnej sali kinowej, w papierowej

torebce przesuwały mi się kulki emenemsów i gapiłam się na ekran, na którym dystyngowana bohaterka Erica Rohmera uśmiechała się do siedzącego po drugiej stronie stołu mężczyzny, zdecydowanie od niej młodszego. Rozgryzłam emenemsa i przestałam się łudzić, że opakowanie wystarczy mi do końca filmu. Emenemsy wywoływały we mnie gwałtowne pożądanie, przy którym znikały ostatnie resztki samodyscypliny. Wspierana przez mądrość, która przychodzi wraz z wiekiem, nie rozgryzam kuleczek od razu, tak jak wtedy, gdy miałam trzynaście lat. Dziś potrafię cieszyć się nimi dłużej: zaczynam je ssać i czekam, aż same rozpuszczą mi się w ustach. Dopiero w odpowiednim momencie zaciskam zęby (facetowi nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła, oni są "tam" bardzo wrażliwi) i rozkoszuję się delikatnym chrupnięciem. Kulki czekoladowe, podobnie jak wiele innych rzeczy, były dużo lepsze za czasów mojej młodości. Dzisiaj mają kredowy smak i mogłabym przysiąc, że są mniejsze. Wiem, szkodzą mi, ale to tylko kolejny powód, żebym je lubiła. W zasadzie mogłabym napisać historię czekoladowych kulek.

W ostatnich latach ludzie starzy, żyjący z emerytur i procentów od ulokowanych oszczędności, czyli tacy jak ja, przychodzą do kina z własnymi przekąskami. Też to zauważyliście? Jest to jednak lekkim obciachem, do tego hałaśliwym. Papierowe torebki, w których trzymają zimny popcorn zrobiony w domowej mikrofalówce, strasznie szeleszczą. Profesjonalne torebki z przekąskami sprzedawanymi w kinie, czyli takie jak na przykład moja, są zrobione z miękkiego surowca i zachowują się bardzo dyskretnie.Od czasu do czasu odwracam więc głowę i patrzę ze złością na tych, którzy nie umieją się w kinie zachować. Ale winowajcy najczęściej z obojętnością odwzajemniają moje spojrzenie, po czym szeleszczą nadal. I to nawet głośniej. A kiedy próbuję ich uciszyć syknięciem, patrzą na mnie wielkimi oczami, które robią się czerwone, jak oczy wilków w filmach przyrodniczych. Albo oczy mojej babci, gdy nie powiedziałam "dziękuję". To są ludzie w moim wieku. Moi rówieśnicy. Dlaczego ciągle muszę się za nich wstydzić?No i jeszcze te ich rozmowy. Gadają, kiedy tylko mają ochotę. Ciekawa jestem, w jakim trzeba być wieku, żeby kompletnie ignorować innych? Ile trzeba mieć lat, żeby pozwalać sobie na kompletny brak manier? Wśród tych głośno mówiących są między innymi żony opowiadające fabułę swoim przygłuchym mężom, bo ci odmawiają noszenia aparatów słuchowych.- Co on mówi?! - krzyczy mężczyzna. - Powiedział, że ją zabije - odpowiada kobieta tak głośno, że słychać ją we wszystkich rzędach.Jest też grupa spóźnialskich.- Nic nie widzę! - krzyczy ktoś, tylko nie bardzo wiadomo na kogo, więc nikt mu nie odpowiada.No i są tacy, którzy w ogóle nie zauważają, że film się już zaczął, i jak gdyby nigdy nic kontynuują rozmowę rozpoczętą na parkingu.- Więc mówię jej, żeby zadzwoniła do córki, przecież ona mieszka tuż za rogiem.Kiedyś przez pomyłkę trafiłam na przedpołudniowy seans dla osób głuchoniemych. Nigdy później nie miałam przyjemności oglądania filmu z tak cudowną publicznością. Mam nadzieję, że kiedyś znów na nich trafię.Ale wracajmy do samego filmu. Jesienna opowieść tak mocno mnie wciągnęła, że przestałam zwracać uwagę na szelest pazurów szukających na dnie torebek ostatnich ziaren popcornu. Lubię francuskie filmy. Wszystko jest w nich interesujące - krajobrazy, ludzie, nawet fabuła. Fascynuje mnie, jak Francuzi żyją, w co się ubierają, jak wyglądają mieszkania francuskiej klasy średniej, kafejki i hotelowe pokoje. Wierzę, że francuscy reżyserzy odsłaniają przede mną zwyczajne życie.W amerykańskich filmach prawdziwego życia Amerykanina zobaczyć raczej nie można. Ekranowe miasteczka, farmy, więzienia są jedynie hollywoodzkim wyobrażeniem o tym, jak takie miejsca powinny wyglądać. Dlatego w Hollywood atakuje mamy miasteczko idealne, a nie prawdziwe. Z takich filmów można się czegoś dowiedzieć jedynie o Hollywood. Matrix? Szósty zmysł? Traffic?Francuskie filmy wydobywają z przeciętnych ludzi coś wyjątkowego. Takim jest na przykład Piękność dnia - historia normalnej, pięknej (w końcu jest Francuzką) kobiety, która dzięki swojej niesamowitej pomysłowości prowadzi podwójne życie: jedno zupełnie zwyczajne, a drugie - potajemne - pełne seksualnych przygód. Natomiast filmy amerykańskie opowiadają o ludziach niezwykłych, którzy tak naprawdę są tacy sami jak wszyscy. Weźmy taką Erin Brockovich - klnie jak szewc i nosi wypchane push-upy, ale pragnie tego, co wszyscy: poczucia bezpieczeństwa z odrobiną sprawiedliwości. No to ja już bym wolała potajemne życie seksualne. I mam zamiar ten plan zrealizować. Cierpliwości.Francuzki są zwykle dojrzałe, wysmakowane, nierzucające się w oczy. Tak jak na tym weselu z Jesiennej opowieści: wszystkie - poza dość bezczelną młódką w czerwieniach - ubrane w barwy jesieni. Subtelnie i elegancko. Wszystkie wysokie i szczupłe. To też bardzo francuskie. A mężczyźni? Żaden nie wytrzymuje porównania ze swoją partnerką. Wyglądają na zwyczajnych i przeciętnych, ale ich kobiety są na tyle inteligentne, żeby zobaczyć, co kryje się pod tą zwyczajnością. Nie widziałam w tym filmie przystojnych mężczyzn, ale pięknych kobiet było wiele. I to mi się bardzo podoba.Jesienna opowieść miała odmienić moje życie. Fabuła filmu jest w zasadzie mało oryginalna: bohaterkami są dwie przyjaciółki, czterdziestopięciolatki, jedna mężatka, druga nie. Mężatka daje w tajemnicy ogłoszenie matrymonialne w imieniu przyjaciółki, z czego oczywiście wynikają potem różne komplikacje. Akcja rozgrywa się wśród winnic doliny Rodanu. Wszystko kończy się szczęśliwie, a może nie. Bo Francuzi zawsze pozostawiają pewną przestrzeń na niedopowiedzenia. I ta niejednoznaczność to kolejna oznaka ich dojrzałości.Od razu identyfikuję się z niezamężną bohaterką, mimo że mam od niej o dwadzieścia lat więcej. Jest niezależna i uparta. Dumna i samotna. Rozwiedziona, cyniczna, oddana pracy. Przysięga, że nie chce mieć do czynienia z facetami. A jednocześnie widzimy dziwny grymas jej ust, wygryzione skórki przy paznokciach, nerwowe pocieranie nosa czubkiem palca, niedbałą fryzurę. Swoimi skórkami zajmę się za kilka miesięcy, ale już teraz w defensywnym tonie jej głosu rozpoznaję znajome nuty, słyszę znajomy upór w jej zapewnie niach, że praca w zupełności jej wystarcza. Wszystkie kobiety na widowni - młode i stare, gadające i milczące - wiedzą doskonale, że bohaterka daje sobie wprawdzie radę bez mężczyzny, ale to nie jest jej wybór. I że boi się to zmienić. Och, jak ja dobrze znam to uczucie.Rozwiodłam się trzydzieści lat temu. Poza kilkoma epizodami z mężczyznami, które nie skończyły się miło, wiodłam w sumie bogate i pod wieloma względami satysfakcjonujące życie. Praca nauczycielki była moją pasją. Miałam szczęście, że trafiłam na ten zawód, bo musiałam mu poświęcać mnóstwo uwagi i energii. A żeby już nic mnie nie skusiło, roztyłam się. Żaden facet nie chciał na mnie spojrzeć. Byłam bezpieczna.Nadszedł rok 1993. Zrezygnowałam z uczenia. Mój syn dorósł i zaczął własne życie. Wtedy nie byłam już gruba, ale jakoś nie opadło mnie stado facetów. Właściwie nie pojawił się ani jeden. Zostałam na scenie sama. Chociaż tak naprawdę nie miałam nawet sceny. W wieku sześćdziesięciu lat wybrałam emeryturę i posłałam się na zieloną trawkę. Po trzydziestu pięciu latach karmienia się uwagą żywej publiczności: stu pięćdziesięciu uczniów w ciągu dnia, a wieczorem bardzo rezolutny syn. Czułam się świetnie. Tylko że nie miałam nikogo, kto by mnie pieścił i dotykał.Garrison Keillor napisał kiedyś, że spośród różnych rodzajów deprywacji człowiek najboleśniej odczuwa deprywację dotykową. Ja odczuwałam ją bardzo boleśnie. Nie chcę przez to powiedzieć, że wcześniej chodziłam po szkole i dotykałam licealistów. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że byłoby to wysoce niestosowne nawet w moim zaawansowanym wieku i przy nieskazitelnej reputacji. Ale każdego dnia przewalało się przez klasę mnóstwo młodych ludzi, wpadali na siebie, ocierali się o siebie, wokół było tyle życia, że jakaś jego część udzielała się także mnie. Czułam się tak, jakby i mnie ktoś dotykał.Wtedy jeszcze sobie tego nie uświadamiałam. Wiedziałam, że nie utrzymam się z gołej emerytury, ale że pracę na pół etatu w pobliskim college'u podejmuję także z powodu opustoszałej nagle sceny - tego nie wiedziałam.''


Komentarze