Adrenalina w Bagazu

Fragment książki "Podróże z Herodotem"

''Od tej rozmowy minął rok. W naszym pokoju reporterów zadzwonił telefon. Szefowa prosiła mnie do siebie. - Wiesz - powiedziała, kiedy stanąłem przed jej biurkiem - wysyłamy cię. Pojedziesz do Indii.

Pierwszą moją reakcją było oszołomienie. A zaraz potem - panika: nic nie wiem o Indiach. Gorączkowo szukałem w myślach jakichś skojarzeń, obrazów, nazw. Nie znalazłem: o Indiach nie wiedziałem nic. (Idea podróży do Indii wzięła się stąd, że kilka miesięcy wcześniej odwiedził Polskę pierwszy premier kraju spoza bloku sowieckiego, a był nim przywódca Indii Jawaharlal Nehru. Nawiązywały się pierwsze kontakty. Moje reportaże miały przybliżać tamten daleki kraj).

Na koniec tej rozmowy, w której dowiedziałem się, że jadę w świat, Tarłowska sięgnęła do szafy, wyjęła książkę i podając mi ją, powiedziała: - To ode mnie, na drogę. Była to gruba książka w sztywnych, pokrytych żółtym płótnem okładkach. Na froncie przeczytałem wytłoczone złotymi literami nazwisko autora i tytuł: Herodot. DZIEJE.

*

To był stary dwumotorowiec, wysłużony w lotach frontowych DC-3, miał skrzydła okopcone od spalin i łaty na kadłubie, ale leciał, leciał prawie pusty, z kilkoma zaledwie pasażerami, do Rzymu. Siedziałem przy okienku, przejęty, wpatrzony, bo pierwszy raz widziałem świat z wysoka, z lotu ptaka, nigdy dotąd nie byłem nawet w górach, a co dopiero w tak niebotycznej sytuacji. Pod nami przesuwały się wolno różnokolorowe szachownice, pstrokate patchworki, szarozielone dywany, wszystko rozpostarte, rozłożone na ziemi, jakby do wysuszenia na słońcu. Ale szybko zaczęło zmierzchać i zaraz zrobiło się ciemno.

- Wieczór - powiedział mój sąsiad po polsku, ale z obcym akcentem. Był to włoski dziennikarz, który wracał do kraju, pamiętam tylko, że miał na imię Mario. Kiedy opowiedziałem mu, dokąd jadę i po co, i to, że jadę pierwszy raz w życiu za granicę i że właściwie nic nie wiem, roześmiał się, odpowiedział coś w rodzaju: nie przejmuj się! - i obiecał, że mi pomoże. Ucieszyłem się w duchu, nabrałem odrobinę pewności. Była mi ona potrzebna, bo leciałem na Zachód, a byłem wyuczony bać się Zachodu jak ognia.

Lecieliśmy w ciemnościach, nawet w kabinie żarówki świeciły ledwie-ledwie, gdy nagle to napięcie, w jakim znajdują się wszystkie cząstki samolotu, kiedy silniki są na największych obrotach, zaczęło słabnąć, głos motorów zrobił się bardziej spokojny i odprężony - zbliżaliśmy się do kresu podróży. W pewnym momencie Mario chwycił mnie za ramię i wskazując na okienko, powiedział: - Popatrz!

Spojrzałem i oniemiałem.

Pode mną całą długość i szerokość dna tej ciemności, w której lecieliśmy, wypełniało światło. Było to światło intensywne, bijące w oczy, rozedrgane, rozmigotane. Miało się wrażenie, że tam w dole jarzy się jakaś płynna materia, której błyszcząca powłoka pulsuje jasnością, wznosi się i opada, rozciąga i zbiega, bo cały ten świecący obraz był czymś żywym, pełnym ruchliwości, wibracji, energii.

Pierwszy raz w życiu zobaczyłem oświetlone miasto. Tych kilka miast i miasteczek, które dotąd znałem, było przygnębiająco ciemnych, nigdy nie świeciły się w nich witryny sklepów, nie widziało się kolorowych reklam, latarnie uliczne, o ile w ogóle były, miały słabe żarówki. Zresztą, komu było potrzebne światło? Wieczorem ulice ziały pustką, samochodów spotykało się niewiele.

W miarę jak schodziliśmy do lądowania, ten krajobraz świateł przybliżał się i ogromniał. W końcu samolot łomotnął o betonową płytę, zachrzęścił i zaskrzypiał. Byliśmy na miejscu. Lotnisko w Rzymie - wielka, oszklona bryła pełna ludzi. Jechaliśmy do miasta w ciepły wieczór przez ruchliwe, zatłoczone ulice. Gwar, ruch, światło i dźwięk - to działało jak narkotyk. Chwilami traciłem orientację, gdzie jestem. Musiałem wyglądać jak stworzenie leśne: oszołomione, trochę wylęknione, z szeroko otwartymi oczyma, które próbują coś dojrzeć, przeniknąć, rozróżnić.

Rano usłyszałem w sąsiednim pokoju rozmowę. Rozróżniłem głos Maria. Później dowiedziałem się, że była to dyskusja, jak mnie ubrać normalnie, jako że przyleciałem odziany wedle mody ŕ la Pakt Warszawski, rok '56. A więc miałem garnitur z szewiotu w ostre, szaroniebieskie paski - marynarka dwurzędowa o wystających, kanciastych ramionach i przydługie, szerokie spodnie z dużym mankietem. Miałem jasnożółtą koszulę nylonową z kraciastym, zielonym krawatem. Wreszcie buty - masywne mokasyny o grubych, sztywnych rantach.

Bowiem konfrontacja Wschód-Zachód przebiegała nie tylko na poligonach, ale również we wszystkich innych dziedzinach. Jeżeli Zachód ubierał się lekko, to Wschód, prawem opozycji - ciężko, jeżeli Zachód nosił rzeczy dopasowane do figury, to Wschód odwrotnie - wszystko miało odstawać na kilometr. Nie trzeba było nosić przy sobie paszportu - na odległość widziało się, kto jest z której strony żelaznej kurtyny.

Z żoną Maria zaczęliśmy chodzić po sklepach. Dla mnie były to wyprawy-odkrycia. Trzy rzeczy olśniły mnie najbardziej. Pierwsza, że sklepy były pełne towaru, pękały od towaru, który przygniatał półki i lady, wylewał się spiętrzonymi, kolorowymi strumieniami na chodniki, ulice i place. Druga, że sprzedawczynie nie siedziały, ale stały, wpatrując się w drzwi wejściowe. Dziwne było, że stały milczące, zamiast siedzieć i rozmawiać ze sobą. Przecież kobiety mają tyle wspólnych tematów. Kłopoty z mężem, problemy z dziećmi. Jak się ubrać, co ze zdrowiem, czy nic się wczoraj nie przypaliło. Tymczasem miałem wrażenie, jakby one w ogóle się nie znały i nie miały ochoty ze sobą rozmawiać. Trzecim zaskoczeniem było to, że sprzedający odpowiadali na zadawane pytania. Odpowiadali całymi zdaniami i jeszcze na końcu mówili - grazie! Żona Maria o coś pytała, a oni słuchali z życzliwością i uwagą tak skupieni i pochyleni, jakby za chwilę mieli wystartować w jakimś wyścigu. Potem słyszało się to często powtarzane, sakramentalne - grazie!Wieczorem odważyłem się sam wyprawić na miasto. Musiałem mieszkać gdzieś w centrum, bo blisko była Stazione -Termini, skąd poszedłem przez via Cavour aż do Piazza Venezia, a potem uliczkami, zaułkami z powrotem do Stazione Termini. Nie widziałem architektury, pomników i monumentów, fascynowały mnie tylko kawiarnie i bary. Wszędzie na chodnikach były rozstawione stoliki, przy których siedzieli ludzie, coś pijąc i rozmawiając, a nawet po prostu patrząc na ulicę i przechodniów. Za wysokimi, wąskimi kontuarami barmani rozlewali napoje, mieszali koktajle, parzyli kawę. Wszędzie kręcili się kelnerzy, którzy roznosili kieliszki, szklanki, filiżanki z taką kuglarską zręcznością i brawurą, że widziałem coś podobnego tylko raz, w cyrku radzieckim, kiedy sztukmistrz wyczarował z powietrza drewniany talerz, szklany puchar i chudego, wrzeszczącego koguta.W jednej z tych kawiarń wypatrzyłem pusty stolik, usiadłem i zamówiłem kawę. Po jakimś czasie zauważyłem, że ludzie spoglądają na mnie, mimo że miałem już nowy garnitur, białą jak śnieg koszulę włoską i najmodniejszy krawat w groszki. Widocznie jednak w moim wyglądzie i gestach, w sposobie siedzenia i poruszania się było coś, co zdradzało, skąd przybywam, z jakiego jestem odmiennego świata. Poczułem, że biorą mnie za innego, i choć powinienem się cieszyć, że siedzę tutaj, pod cudownym niebem Rzymu, zrobiło mi się nieprzyjemnie i nieswojo. Choć zmieniłem garnitur, nie mogłem ukryć pod nim tego, co mnie ukształtowało i naznaczyło. Byłem oto we wspaniałym świecie, który mi jednak przypominał, że stanowię w nim obcą cząstkę.''


Komentarze