Fragmenty

Wyrwane z kontekstu...

"to niesamowite, że można przez jakiś czas rozmawiać z kimś non stop i nagle zamilknąć z dnia na dzień, by już więcej się nie odezwać"

I coz... ''Oczy­wiście, nie udało ci się i nig­dy ci się nie uda, ale zno­wu zdo­byłeś się na wy­siłek. Nie zniechęcaj się i próbuj da­lej, bo tyl­ko ten trud us­pra­wied­li­wia two­je istnienie.'' Bo tak naprawde liczy sie tu i teraz a to co bedzie jest nie ważne  Co było  zniknelo... wsluchaj sie w krzyk wolania. 

''Od samego początku czuję w klasie ten opar niechęci, jaki mnie otacza. Na razie jest to opar nieuchwytny. Cykanderzy nie stawiają się, nie zaczepiają mnie, nie zauważają, jakbym był dla nich powietrzem, ale ja wiem, że to cisza przed burzą. Opar nienawiści musi się w końcu skroplić. I rozpęta się burza. Już teraz widzę, jak się zmawiają, jak szepczą po kątach, jak milkną nagle, gdy się zbliżam. Nie ulega wątpliwości: knują. A ten najmniejszy, niejaki Elek Gibas, syczy na mój widok. Muszę przyznać, że to syczenie Gibasa bardzo mnie denerwuje.

Najgorsze, że jestem praktycznie sam jak mysz w kosmosie. Nie ma tu nikogo z mojej zeszłorocznej paczki. Z poprzedniej budy chodzą tu ze mną tylko trzy dziewczyny i dwu chłopców, ale z tymi dziewczynami miałem w zeszłym roku zadry, a ci chłopcy... Z nich pociechy nie będzie. Jeden to Tomek Bulwa, biedny, wiecznie zastraszony kujon, którego wielki łeb pracuje na zwolnionych obrotach. Poczciwy nawet chłopczyna, ale w niczym nie może pomóc. Tak, Bulwa się praktycznie nie liczy. Drugi koleś to Eugeniusz Tubkowski. W jakim stopniu on jest eu - nie sprawdziłem, ale że jest geniusz, to na pewno. Tubka jest przeciwieństwem Bulwy. Nie przejmuje się szkołą, wszystkie wiadomości ma w małym palcu u nogi. Gdyby chciał, mógłby chyba zdawać do drugiej klasy liceum. Na przerwach jest niewidoczny. W dni pogodne i ciepłe spaceruje

z godnością po ogrodzie szkolnym, samotnie zazwyczaj, czasem tylko w towarzystwie podobnych mu geniuszy z ósmej klasy. W dni deszczowe i chłodne zaszywa się w bibliotece albo też gromi w świetlicy najwytrawniejszych szachistów w partiach symultanicznych, a może takich partii grać naraz dziesięć i przeważnie wszystkie dziesięć wygrywa, czasem tylko remisuje. Co do mnie, utrzymuję z Tubkowskim stosunki poprawne, ale raczej chłodne. Nie mamy żadnych wspólnych zainteresowań ani interesów. Tubkowski jest to samowystarczalny geniusz szkolny. Nawet sojusz obronny ze mną go nie interesuje. W razie potrzeby korzysta z ochrony swego starszego brata, zwanego Ciężkim Tubką. Ten mocno zbudowany brzydal o małych oczkach i kwadratowej twarzy mimo pozorów niezaradności i ociężałości ma opinię niebezpiecznego faceta. Widziałem go parę razy w akcji. Rzeczywiście jest skuteczny, wysportowany i szybki, przy lada okazji lubi popisywać się swoją siłą, rozsadza go bowiem energia. Schwytanych delikwentów poddaje mękom fizycznym i torturom. Wszyscy omijają go z daleka.

Oto jak wygląda w skrócie moja sytuacja - z jakiegokolwiek spojrzeć na nią punktu, wygląda okropnie. Nic tu po mnie w tej klasie, trzeba wiać stąd póki czas. "Szczęściem zostały skrzydła do odlotu, lećmy i nigdy więcej nie zniżajmy lotu". Tak powiada Adam Mickiewicz i muszę się zastosować do tej rady.

Trzeba przyznać, że ostatni mój lot był fatalnie zaniżony. Zupełnie niegod-ny Maksymiliana Ogromskiego, zwanego Klawym Cymkiem. "Nie dotrzymujesz kroku, synu - powiedział mój dobry ojciec - dałem ci ogromne nazwisko i wielkie, rzekłbym, maksymalne imię, a ty jakoś nie nadążasz, nie dotrzymujesz kroku, synu". Nie da się temu zaprzeczyć. Byłem karłem. Pod wspaniałym imieniem i nazwiskiem kryła się nędza duchowa. I tak już od roku... od roku z grubym okładem. Cud, że w ogóle przeszedłem do siódmej klasy. Chyba tylko dlatego, że wszyscy zajęci byli reorganizacją, siostry Burman chorowały na grypę azjatycką, a pan Roger gotował się do objęcia nowego stanowiska w nowo zbudowanej szkole, biegał po mieście trzykroć bardziej zaaferowany niż zwykle i trzykroć rzadziej pojawiał się na lekcjach...

Tak jest, fatalnie nisko latałem, a parę dni temu na dodatek miałem przykry falstart. Grunt to dobrze wystartować do następnego etapu, a ja wystartowałem nierozważnie, można by rzec nieroztropnie czy raczej - delikatnie mówiąc - nieco niefortunnie, by nie rzec niemoralnie: wprost od próby oszustwa. Po prostu nie zastanawiałem się wiele. Zabrałem się do rzeczy jak nar-wany Fredzio - łapu-capu, po bałaganiarsku. Bo w ogóle jestem bałaganiarz nie z tej ziemi i żyję bez planu, a tu trzeba z ołówkiem w ręku jak wujek Ciołkosz, który jest planistą Miejskiego Zakładu Pogrzebowego. Wujek twierdzi, że podstawą dynamicznego rozwoju jego przedsiębiorstwa jest gospodarka planowa. A ojciec mówi, że u nich w wodociągach dlatego jest niskie ciśnienie, bo nie wstawili do planu. Jak się nie wstawi do planu, to przepadło. Dlatego ja też muszę wstawić do planu pewne rzeczy, skoro chcę na serio zmienić moje życie. To prawda, że podpadłem Koniowi i że jestem spalony w budzie nr 3; jestem spalony, ale nie zniszczony. Nic nie jest jeszcze stracone w życiu, skoro można wystartować na nowo. Pomyślałem sobie, co mówił Roger Fizyczny o mojej szansie. W nowej szkole będę miał nową szansę. Gdyby tak udało mi się przenieść do takiej szkoły, gdzie mnie jeszcze nie znają - na przykład do Cykanderów. Tam mógłbym startować od nowa, no i, rzecz jasna, planowo.''


Komentarze