Fragmenty


Ewa Przybylska" dotyk motyla" 

"(...) Stałam na środku pokoju i ziewałam bez potrzeby ziewania. Nagle za szybą coś błysnęło, jak promień słońca. Lecz słońca jeszcze nie było, jeszcze nie miało prawa wejść ukosem między oficyny, nie, w żadnym wypadku nie było do słońce. Znowu coś błysnęło, to szyba naprzeciwko w oficynie. Rudy płomień wystrzelił na balkon, poszalał między zeschniętymi pelargoniami, podczas gdy czyjaś dłoń, jakby odcięta, ponaglała go gestami do powrotu.
Sięgnęłam po lornetkę. Rudy arogant zwrócony był pyszczkiem ku mnie. Widziałam wyraźnie wielkie zielone tafle zapatrzone gdzieś tam, może w wolność, której nie pamiętał. Obcięta dłoń powiewała coraz gwałtowniej i najzupełniej bezskutecznie, on zaś balansował, arogancki i niezależny, na krawędzi balkonowej skrzynki, każdej chwili gotów do skoku w bezpieczne miejsce, nie wiedział bowiem, głupi rudzielec, że nie ma bezpiecznych miejsc dla rudych kotów, one są zawsze podejrzane i z daleka widoczne, jak dysonans w soczystej zieleni. Znowu wlepił we mnie zielone tafle. Dobrze, że zielone, nie miał prawa mieć żółtych, nie miał prawa do bursztynów wprawionych w małą mądrą głowę.
Serce pikało mi nieco szybciej, co odnotowałam ze zdumieniem. Odłożyłam lornetkę, odwróciłam się plecami do okna, aby nie widzieć spadania, tej wolności odzyskanej na krótko, na mgnienie, aż do rozbicia się na asfalcie podwórka... (...)

(...)Wróciłam do pokoju, spojrzałam machinalnie na balkon naprzeciwko. Rudzielca nie było, pelargonie poruszane wiatrem chwiały się w skrzynkach, i to już wszystko. Zabrały go, stare zachłanne baby, kupiły sobie zwierzę myśląc, iż razem z nim kupują i jego myśli, jego chęci, jego wolność i jego życie.
Sięgnęłam po lornetkę, ale zaraz zatzrasnęłam szufladę. Dość i jeszcze raz dość! Wystarczy , że obraz zepchnięty przed laty dalej niż na dno powrócił nagle, nachalny i nieproszony. Ruda plama przemykała po zielonym dywanie, trawa zamykałasię nad nią miękko jak nietknięta, aż nagle wszystko znierucomiało w oczekiwaniu, i zieleń, i rudość, i dziecko leżące na leżaku, wpatrzone z napięciem. Czekające aż do bólu każdego popołudnia, od tamtego pierwszego począwszy, właśnie na ten rudy błysk prześlizgujący się w zieleniu. Na żółte tafle bursztynu wpatzrone w kogoś, kogo wybrało się bez przymusu.
-Jest młody, a więc bardzo ciekawy- Myliła się, to nie była ciekawość, przynajmniej nie tylko ciekawość, najpewniej w świecie był to świadomy wybór, bo po cóż by zatrzymywał ise w swoim locie z drzewa na drzewo. W polowaniu na ptaki i myszy, które były jego przetrwaniem. Po cóż by leżał całymi godzinami w gąszczu, niby tylko senny, roztargniony, lecz stale podpatrujący, a potem zapatrzony, skracający każdego dnia odległość między sobą a leżakiem.

W dole na podwórku rozkręcała się codzienna wrzaskliwa monotonia, wypełniona głosami psów, dzieci i klepaniem dywanów. Mały rudy arogant buszował zapewne na swoim skrawku wolności. A może nie wypuściły go, może już oddały w "dobre ręce", bo dla ich własnych stał się uciążliwy? (...)
Rudego diabła na balkonie nie było, a powinien. To przecież czas jego spacerów, pora balansowania na krawędzi trzypiętrowej przepaści, pracowitego wygrzebywania dołków w skrzynce i zajmowania właściwej pozycji nad tymże dołkiem. Czekałam przy oknie ze swetrem na ramieniu, lecz nie ukazała się nawet odcięta dłoń.
Przecież nie mógł stamtąd uciec, miał odcięty odwrót, ugrzązł na zawsze między tymi dwiema starymi babami, dla których był jedyną rozrywką, jedynym przejawem życia w zamkniętej przestrzeni, jedynym obiektem, który mógł bezkarnie zagłaskać na śmierć... 
Usiadłam, podczas gdy rudy cień przemykał bezszelestnie w miękkiej zieleniu, aż nagle przystanął. Bursztynowe ślepia wpatrywały się w znieruchomiałe na leżaku dziecko. Bało się poruszyć. Wreszcie wyciągnęło rękę. Nie uciekł. Nie spłoszył się, wygiął w łuk swój rudy grzbiet, wykonał kilka pląsów ogonem ustawionym jak pióropousz, po czym oddalił się niespiesznie, już nie oglądając się na leżak, nie dałby się spętać nikomu, on nie, żadne baby na świecie nie utzrymałyby go na najwyższym nawet balkonie, nawet na zawieszonym pod chmurami. Był wielki, był silny, nie jak ten mały pokurcz z przeciwka, który nie miał gdzie ćwiczyć swoich mięśni, swoich ścięgien, swojej szybkości i inteligencji. Który musiał łasić się do starych bab, aby zechciały przed nim otworzyć okno. I które na pewno zaniosą go jakiegoś dnia do kastracji, aby utracił resztki dumy. Jest piękny... (...) 


Komentarze