Kobiecy Klimat

Badz madra, roztropna kochanka a nie filantropka z klapkami na oczach. 

(...)

''Czasy się zmieniają, coraz mniej tematów tabu, ale nadal panuje przekonanie, że kochanka to ta zła kobieta, która z pełną premedytacja wpadła w udane życie małżeńskie czy poprawny konkubinat i wszystko rozpier…a. I to zawsze właśnie kochanka jest obwiniana za całe zło. Owszem, najłatwiej zrzucić winę na obcą kobietę. Odsunąć od siebie myśl, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Niewierny – biedny, mały miś, który potrzebował odskoczni. A wśród kolegów uważany za macho, który potrafi sobie zorganizować rozrywkę w postaci kochanki. A kobieta, która ma wielu mężczyzn to…? Powiedzmy wprost – dziwka.
Moja „sytuacja” zaczęła się tak zwyczajnie – Poznaliśmy się w sieci, na jakimś forum tematycznym. Od razu zaskoczyło – to samo poczucie humoru, to samo spojrzenie na świat. Miał po prostu to, czego zawsze mi brakowało w mężczyznach. Oboje nie lubimy ludzi, a w swoim towarzystwie czuliśmy się doskonale. Na samym początku znajomości powiedział mi, że jest z kimś. Ale nie wyobraża sobie dalszego życia z tą kobietą. I tu zapaliła mi się po raz pierwszy czerwona lampka, którą zgasiłam. Dlaczego? Nie wiem. Z jednej strony wiedziałam, że taki układ moralnie jest zwyczajnie zły. Z drugiej jednak strony – dlaczego miałabym mu nie wierzyć? Przecież był taki, jakim go sobie wymarzyłam, wiec czemu nie dać nam szansy? Mówił, tłumaczył tak przekonująco przecież… Tak, zachowałam się, jak kompletna idiotka wierząc mu. Z wiedzą, która mam obecnie kopnęłabym go w dupę. No ale człowiek uczy się na błędach. No więc było pięknie, totalne pożądanie i ta cholerna zdradziecka cheeeeemia. Tak, czułam to pierwszy raz w życiu mimo tego, że znałam wielu mężczyzn przed nim. Było dobrze. I było czekanie. Czekanie, aż zakończy tamten związek. Zawsze było jakieś coś, co mu nie pozwalało na to, aby ten związek zakończyć: a to utrata pracy przez Nią (przecież nie może jej tak teraz zostawić), a to jego utrata pracy (przecież teraz nie dość, że ma problemy z życiem osobistym to również z zawodowym, wiec nie chce sobie fundować kolejnych problemów). Tak pięknie prosił – „dajmy nam czas…zobaczysz, jeszcze tylko miesiąc i będziemy wreszcie razem”. Ten „miesiąc” się przeciągał o kolejny miesiąc. Potem coś się zmieniło. Jakby jego odwrót. Jakieś humory, brak czasu, durne wymówki. W końcu wyciągnęłam – pojawiła się trzecia. Tzn ona już była wcześniej tylko jakby przyschła, a biedak nie mógł sobie poradzić z tym, że go zostawiła dla innego faceta. Tak, ona też była jego kochanką. Czerwona żarówa!!!! Ale jak to ku..?! To ja trzecia jestem? Konsternacja, potem takie uczucie, jakbym dostała w twarz. Oszukał mnie. Nas wszystkie oszukiwał i to z pełną premedytacją. I to był mój przełom w myśleniu. Cóż, lepiej późno niż wcale prawda? Z jednej strony pragnęłam go jak cholera i cały czas miałam nadzieję, że on wybierze mnie. Przecież jest dobrze ( z mojej strony) wiec on nie może tak po prostu tego odpuścić (za cholerę nie wiem dlaczego mi się ubzdurało, że skoro mi jest dobrze to jemu również). Z drugiej byłam umęczona cała nieciekawą sytuacją ba, byłam wściekła, że dałam się wciągnąć w brudną grę. Jednocześnie wciąż przyciskał, żebym jeszcze poczekała, aż on –uwaga- poukłada sobie wszystko w głowie. Biedny mały miś, z mokrym noskiem (pozdro Honda :) ). W zasadzie byłam już tak ugotowana, że nie wiedziałam co zrobić. Oczywistym wydaje się, że powinnam była się odwrócić na pięcie. W zasadzie próbowałam to zrobić, ale gdy usiłowałam to w tempie ekspresowym byłam manipulowana wspólna, piękną przyszłością. Nie miałam z kim o tym porozmawiać. Gdybym trafiła na forum netkobiet wcześniej to daję sobie głowę uciąć, że dziewczyny błyskawicznie wybiłyby mi go z głowy. Potrzebowałam, żeby ktoś mi wprost powiedział, że to nie ma sensu. Ale nikogo takiego nie było. Żyłam sama w tym zakazanym związku, czekając na rozwój sytuacji. I to był mój największy błąd. Pewnego dnia zadzwonił i powiedział, że jego kobieta dowiedziała się o nas. Przegadali całą noc i uświadomił sobie, że ją kocha. Ciekawa jestem, czy o kolejnej dziewczynie też się dowiedziała… Cóż, ze swojej strony mogę jej współczuć, że została z manipulantem, który zapewne wykręci jej jeszcze nie jeden taki numer. Pewnie znowu mu wybaczy.
Celowo nie opisuje tego, jak wyglądało tych parę miesięcy. Nie jest to konieczne. Mogę napisać tylko tyle, że było po prostu pięknie. Oczywiście do pewnego czasu.
Wiem, ze każdy musi przekonać się na swoich błędach, doznać upokorzenia, aby zrozumieć. Chciałabym, żeby to, co napisałam przeczytała inna kochanka. I zastanowiła się nad sobą i swoim życiem. I skończyła to, co prędzej czy później rozpadnie się w wielkim hukiem.
Co nam, kochankom się wydaje?
Nam się wydaje, ze jesteśmy ważne, bo facet zdradził swoja kobietę dla nas. Więc to musi być ważne, a tymczasem wcale ważne nie jesteśmy. Jesteśmy tylko odskocznia, której nawija się makaron na uszy.
Wydawało mi się, ze jestem przystanią, a byłam niestety tylko portem. Zastanówmy się – jeśli facetowi by zależało to tak na zdrowy rozum – nieuważasz, że chciałby podjąć jakieś radykalne kroki, aby z tobą być na legalu? Faceci to tchórze, którzy chcą mieć ciastko i zjeść ciastko. Jeśli mężczyźnie naprawdę na czymś zależy to przeniesie góry, żeby być z kobietą, którą faktycznie kocha i nie ma wtedy dla niego rzeczy niemożliwych. W moim przypadku wygrała „obecna”, która okazała się być „czymś” pewnym, stabilnym i jeśli nawet byłam (jak twierdził) kimś ważnym to jednak tylko tym cholernym portem. Niestety otrzeźwiałam, kiedy wybrał obecną, która dala mu ultimatum – albo ona albo ja. Do tej sytuacji nie doszłoby, gdybym wcześniej wlazła na forum i dostała manto od dziewczyn. Szybciej bym otrzeźwiała i nie dopuściła do sytuacji, w której to on zarządza i kontroluje. I to ja bym go zostawiła, a nie on „kogoś ważnego”. Jak sobie przypominam teraz te teksty to mam mdłości, a jeszcze większe, gdy pomyślę, że byłam najzwyczajniej w świecie marionetką. Straciłam czas, siebie i do tej pory nie mogę sobie z tym poradzić. Zabrał mi stanowczo za dużo, bo na to pozwoliłam, a życie wiedzie u boku kobiety, z którą został. I to ja liżę rany, a nie on. A to wszystko dlatego, ze nie potrafiłam zapanować nad swoimi uczuciami i nie miałam kogoś, kto powiedziałby mi „dziewczyno, zatrzymaj się, odpuść, zobacz co on wyprawia”.Droga kochanko, faceci, którzy godzą się na romans to ściemniacze. Powtórzę – facet, który naprawdę się zaangażuje - podejmie konkretne decyzje. Nie będzie mamić miesiącem, dwoma, nie będzie mówić, żebyś poczekała, bo jego obecna teraz ma kiepska sytuacje zawodowa, albo boli ją głowa. Po prostu odchodzi. W przypadku, kiedy używa wcześniej wspomnianych zwrotów lub tych, które oznaczają odciągniecie decyzji w bliżej nieokreślonym czasie to po prostu zwykła SCIEMA!Kolejna rzecz – skoro facetowi jest tak źle z obecna to po co z nią jest hę? Skoro tak mu z nią źle to powinien odejść, sam… nieprawdaż? Jeśli jest mi z kimś źle to odchodzę, jeśli wkurza mnie moja praca to odchodzę, jeśli wkurza mnie jakiś sklep to więcej do niego nie pójdę. Proste? Proste! Wiec jeśli byłoby mu źle to odszedłby nie czekając na to, aż ktoś pojawi się na horyzoncie. Owszem, może być tak, ze ktoś się boi samotności, ale w momencie, w którym pojawia się inna osoba w jego życiu to bez zastanowienia powinien podjąć decyzję o odejściu.Następna sprawa – wygrywam, facet zostawia obecna. Co dalej? Podejrzewam, ze żyłabym w ciągłym strachu i podejrzeniach, ze pewnego pięknego dnia odejdzie do kochanki. Skoro raz to zrobił i mu się udało to skąd pewność, ze nie zrobi tego drugi raz? Przecież byłam przy tym, gdy dzwonił do niej i opowiadał bajki na temat tego, gdzie jest i co robi….kłamał znakomicie. Podejrzenia by mnie zeżarły i coś mi się wydaje, że z braku zaufania rozwaliłabym prędzej czy później ten związek.Strach – powoduje on, że trzymamy się rękami i nogami, a przecież jednocześnie wydaje się nam, że złapałyśmy boga na nogi. To strach przed samotnością. Dlaczego miałabym pozbywać się na własne życzenie przyjemności, bliskości? Znowu samotne noce? Nie, dziękuję… chyba wole pocierpieć. Tak właśnie myślałam. Bo strach to raz, a dwa – ta ciągła cholerna nadzieja, że będzie pięknie. I ta myśl, że jeśli podejmę radykalne działania to może coś stracę? Coś fajnego, dobrego, ciepłego itp. Gdybym mogła cofnąć czas to w całej tej historii zmieniłabym jedna rzecz – to ja decyduje o tym, czy zostaje czy odchodzę. I nie pozwalam na to, aby to on mnie porzucił.Dlaczego byłam kochanką?Czyli dlaczego dałam się wciągnąć w to? Powodów jest kilka: odbieranie na tych samych falach, masa radości i pożądania. Spotkałam faceta, który był inny niż wszyscy, których znałam do tej pory. „Będąc z nim” czułam adrenalinę, coś się działo. Inni faceci byli nudni. I mnie nie słuchali. A tu proszę bardzo – cała masa doznań. Jak siedzenie na beczce prochu. Ciągle coś się działo. Coś ciekawego, totalnie intensywnego.A co z żoną, konkubiną?Ano to, ze tak naprawdę myślenie o innej kobiecie się wyłącza. Przykre, ale prawdziwe. Tak naprawdę w tym trójkącie czy nawet czworokącie poszkodowane są i żona/konkubina i kochanka. Wszystkie są manipulowane przez jednego drania, który rozdaje karty. Ale kochanka nie myśli o żonie. Ja myślałam tak – skoro pozwolił sobie na to, aby zrobić coś niemoralnego ze mną tzn., że byłam tego warta. Czyli ta, z która był na stałe nie wystarczała mu, czyli nie była tak doskonała, jak ja. Dla mnie w zasadzie mogłaby zniknąć. Wtedy bylibyśmy wolni. Ale skłamałabym, gdybym nie napisała, że pojawiało się uczucie, w którym było mi tak po ludzku żal tej kobiety. Ale dla mnie moje szczęście było ważniejsze.A z kochanką?Idzie w odstawkę w większości przypadków. Drań się pobawił i wrócił na łono rodziny, do potłuczonej żony/konkubiny. Kochanka też jest potłuczona. Została z niczym. Chociaż nie, nie z niczym. Została z przekonaniem, że ją oszukał, wykorzystał. I że wszystko się posypało. Nastąpiło również spore wahnięcie wiary w siebie. Warto było pielęgnować pragnienie bycia z nim? Nieee. Za duże koszty. A co z Niewiernym? Cóż.. ma się świetnie.'' 

(...)


Komentarze