Kruchosc spojrzenia

Na pewnym etapie życia uświadamiamy sobie jak istotne pewne sprawy sa a jak blache były. Dzis oficjalnie przerywam milczenie i mam zamiar Wam opowiedzieć historie, która wciąż trwa i się tworzy a tak naprawdę jeszcze nie ma specyficznego zakończenia. Mój wpis dedykuje mojej ukochanej mamie i tacie, którzy zawsze przy mnie byli, mojemu partnerowi a także najcudowniejszym przyjaciółka jakie mogłam spotkać i jednemu wiernemu przyjacielowi, który zawsze mial czas i ochotę na dyskusje. Ten wpis jest także przekazem dla tych, którzy zawsze mnie pod nosem wyśmiewali, którzy z zazdrości głupoty opowiadali, którzy w duchu szydzili z moich działań, akcji na rzecz innych i ciężkiej pracy tylko dlatego, ze pod przykrywka uśmiechu potrafiłam skrywać tyle bólu, smutku i porażek - nie... to nie porażki to zycie, które troszeczkę dalo mi w kosc. Otoz moi drodzy 29 stycznia 2016 roku otrzymałam telefon z opieki społecznej (mieszkamy w Wielkiej Brytanii zatem system nieco i ponoc jest jakby to ująć specyficzny...) czy mogę odebrać moja siostrzenice z centrum dziecka w Greenford. Oczywiście bez wahania zaraz po pracy podjechałam pod wskazany adres i spotkałam masę nowych ludzi oprócz pani psycholog, która wcześniej pracowała z moja ukochana siostrzenica. Po ilości informacji jaka mój umysł musiał przetrawić i sprzecznych wiadomościach od matki mojej siostrzenicy miałam pewien mętlik w glowie. Totalna mieszanka roznych odczuć i ten niepokój jaki narastał we mnie z minuty na minute... Jednak gdy zobaczyłam to dziecko, sponiewierane przez los i jej matczyna ''troske'' wiedziałam, ze jestem jej potrzebna, ten uśmiech zmienil wszystko, cale moje spojrzenie na ta sprawę... a jej fryzura, te wloski na chłopaka ścięte przyparły mnie i moje serce do muru, wręcz wbiły z impetem jak w skale bez odrzutu... to było bardzo dołujące doświadczenie, bardzo! Jednakże jej buzka, taka blada, smukła i wychudzona mówiła sama za siebie... i tak kurtka, która kupiliśmy jej rok temu podarta przy rękawie, legginsy i cienkie buty zimowa pora... to nie było w porządku, to tak byc nie powinno. Serce mi bilo tak szybko, tak precyzyjnie szybko... nie wiedziałam co mam jej powiedzieć zatem westchnęłam radośnie - cześć Marcelko - przytulia się, wręcz wtuliła we mnie... to było takie smutne a zarazem piękne, bo widziałam jak jej szczęście się maluje na buzi. Podpisałam umowę, która opieka społeczna sporządziła na bazie aktu z 1980 roku sekcja 20, ze niby to jest umowa prywatna miedzy mna a matka Marcelki. Obiecano mi pomoc pod każdym względem - psychologiczna i finansowa a dla Marcelki także terapia z psychologiem i wsparcie nauczycieli. Pracownik z opieki społecznej obiecał Nas odwiedzać co tydzień i zakazała tymczasowo pobytu w domu Marceliny matki ze względu na ....i tutaj kolejna trwoga mnie dopadła. Psychiczne znęcanie się nad dzieckiem, brak zainteresowania, zamykanie dziecka w pokoju bez zabawek i zadnych... czy mam wymieniac dalej? Moze nie na tym etapie, jeśli dojdę do siebie z pewnością wspomnę o kolejnych. Przytuliłam ja raz jeszcze, bardzo mocno, nie widziałam jej miesiąc bo matka jej zabraniała Nam się z nia spotykać - tylko wtedy, gdy chciała się dziecka pozbyć lub nie miala co z nia zrobić wydzwaniała i pytała czy aby czasem jej nie weźmiemy? Cale zycie traktowała ja jak kartę przetargowa, jak pakunek, taki niewygodny, który czasami trzeba było poprzestawiać... a teraz ktos wreszcie zauważył, ze dziecko cierpi, ze dziecko ma cos do powiedzenia... to poczucie bezsilności zawsze brało gore nad innymi emocjami. 
(...)
Dotarłyśmy do domu, w samochodzie byla taka cicha patrzyła się na drogę i tylko pytała czy wujek jest w domu... wiedziałam, ze będzie ciezko bowiem to dziecko juz ma za soba straszne przeżycia i ciezka historie, której nie jeden dorosły nie byl by w stanie znieść. W domu wujek przyjął ja jak zawsze radośnie z usmiechem i troska na twarzy. Była zmęczona, na szczęście byl to piatek wiec mogla pospać sobie i nieco pomyśleć o przyjemniejszych rzeczach. Cala noc nie spalismy, rozmawialiśmy o tym co nastąpiło, Marcelka niestety tej nocy tez miala koszmary, wyraziła to nawet upustem w postaci mokrego lozka... to wszystko wyjaśnia wydarzenia jakie mialy miejsce w ciagu dnia i przeszle historie. Opowiadalam do czego doszło - jak to się stalo, ze wreszcie ktos się zainteresował. Najgorsze co ja spotkalo tego dnia to nie pytania i rozmowy, i to, ze zabrano ja ze szkoly, z wlasnej klasy zas fakt, ze dokonano na niej obdukcji, sprawdzono pod każdym względem, czy nie była molestowana... a to zabolało najbardziej. Weekend spędziliśmy we trojke - chcieliśmy jej zagwarantować  dac to co najlepsze moze dac kazdy dorosly dziecku - bezpieczne, cieple miejsce z przytulasami i akceptacja! Kochamy ja tak bardzo, zawsze byla Nam bliska - od urodzenia skradla Nam Nasze serca. Zreszta nie tylko Nasze, dziadków i wszystkich znajomych, którzy zaangażowali się w Nasza sprawę. Teraz jedynie rozpoczęliśmy wedrowke z bagażem na plecach i milionem pytan... tylko do kogo? I o co pytac ta mała istotke? Jak z nia rozmawiac, by jej nie urazic? Przytulac czesto i laskotac, czytac książki na dobranoc i uśmiechać, zabrać na plac zabaw i dac misia... 

cdn...   



             


   

Komentarze