Fragmenty

''NA GAŁĘZIACH STARYCH DĘBÓW rosnących wzdłuż drogi ledwie trzymały się jeszcze ostatnie liście. Był chłodny listopadowy poranek. Jechaliśmy z Aleksem do kościoła naszą starą Hondą Civic. Powoli opuszczało mnie napięcie, które towarzyszyło porannemu przygotowywaniu się do wyjścia.
Żeby wybrać się do kościoła, nasza rodzina, jak wiele innych, musi zwykle stoczyć walkę z siłami chaosu. Byliśmy już spóźnieni, kiedy Alex, zamiast się ubierać, tak jak mu kazano, przemknął przez pokój w stroju adamowym i rozsiadł się przed telewizorem. Bez ubrania, bez śniadania i, co tu dużo mówić, wykazując kompletny brak posłuszeństwa wobec mamy – wszystko to razem wzięte mocno nadwerężyło nasze nerwy i cierpliwość. Poprzedniego dnia ze szpitala do domu przybył Ryan, nasz nowo narodzony synek. Liczba pociech sięgnęła w ten sposób czterech, w wieku od sześciu lat w dół. Czy istnieje coś takiego jak gotowość na czwórkę małych dzieci? Gdyby przynajmniej nas dwóch zdołało się wybrać do kościoła tego ranka, moglibyśmy zachować pewne poczucie normalności.
Spojrzałem w lusterko wsteczne i gdy napotkałem oczy Aleksa, uśmiechnąłem się.
-Hej, chłopie, fajnie, że sobie razem jedziemy.
-Tak, tato, fajnie. To czas tylko dla nas, co nie? Tylko ty i ja.
-Racja, Alex. Tylko ty i ja!
Alex i ja byliśmy kumplami. Od początku wszystko robiliśmy razem i wszędzie razem jeździliśmy. Zawsze mieliśmy pod ręką kilka Aleksowych „barnejów”. Niektóre dzieci mają miśki, inne – ukochane kołderki, a Alex miał „barneje”. Były to szmatki, które sobie międlił. Miał sześć lat i był najstarszy z naszej czwórki – czwórki! Co za liczba! Fakt, że mieliśmy aż czworo dzieci, wymagał nieco czasu na przystosowanie się.
Jechaliśmy w milczeniu. Wpatrywałem się w horyzont, tak jakbym odruchowo chciał przeniknąć przyszłość, która wydawała się równie bogata w wydarzenia, jak i, mówiąc szczerze, niepewna. Poczułem cały ciężar odpowiedzialności bycia tatą czworga maluchów. Mimowolnie wziąłem głęboki oddech, a potem głośno wypuściłem powietrze z płuc. Nie mogłem się opędzić od myśli o kosztach opieki zdrowotnej.
Ostatnio zmieniliśmy formę ubezpieczenia i przez kilka miesięcy nie mieliśmy pokrycia na wydatki związane z ciążą. Ubezpieczony czy nie – nasz nowy maluszek był pod każdym względem wspaniały, jednak nie dało się ukryć, że jego przyjście na świat drogo nas kosztowało.
Wiatr się wzmógł i liście sfruwały w poprzek autostrady. Pora roku wyraźnie się zmieniała. Wszystko wokół się zmieniało – nowy dom, nowy kościół, nowe dziecko. Są różne pory, etapy życia – to zjawisko naturalne i dobre. Nasza rodzina wchodziła w nowy okres – przybyło nam kolejne dziecko. To też było naturalne i dobre. Sprawy finansowe jakoś się ułożą. Zawsze się układają. Te myśli dodały mi otuchy i ze wzruszeniem przypomniałem sobie wczorajsze wydarzenia: ja i moja piękna żona Beth spędziliśmy wiele godzin, przytulając naszego nowego dzidziusia, pieszcząc go i gruchając do niego.''


Komentarze