Okiem Podroznika - Laika

Bran, mityczna siedziba hospodara wołoskiego Włada Palownika, znanego szerzej jako Drakula. Postaci, która zainspirowała Brama Stokera  do napisania książki dającej początek ponurej legendzie o mitycznych stworach, żywiących się ludzką krwią. To chyba najbardziej znany zabytek w całej Rumunii. Miejsce magnetyczne, które przyciąga turystów z całego świata. Nie wszyscy słyszeli o Rasnovie, Hunedoarze czy Sybinie, ale zamek Drakuli? No pewnie! Każdemu obiło się coś tam o uszy… Rumunia ciągle nie jest popularnym kierunkiem turystycznym, a jeśli już ktoś zdecyduje się ''zaryzykować'' i odwiedzić ten „daleki”, tajemniczy kraj to wybiera najczęściej Transylwanię jako krainę Draculi, pełną strasznych zamczysk na wzgórzach i gęstych lasów. Prawda o tym regioniejest jednak inna, znacznie mniej ponura i straszna, choć dobrze się tak uprzedzić, by potem móc się cieszyć niespodzianką prawie na każdym kroku. Wpisując do wyszukiwarki nazwę Transylwania zobaczymy wiele całkiem przyzwoitych artykułów o tym jak „ugryźć” ten region i spędzić tam udane wakacje. Jednak mankamentem tych opisów jest jakt, że wszystkie można streścić tymi słowami - „żelazna trójka” czyli miasta Sibiu, Braszów i Sighisoara oraz ewentualnie zamek Bran, żeby było coś związanego z Draculą (nawiasem mówiąc sam zamek nawet z pierwowzorem Draculi ma niewiele wspólnego, bo o tym, że Dracula nie istnieje wiedzą już chyba nawet turyści). Takie ujęcie tematu to wielka szkoda, bo choć wszystkie te atrakcje są warte zobaczenia to prawdziwa Transylwania istnieje poza nimi. Zatem wyruszmy w glab tych poszukiwan. 
Cluż-Napoka. Stolica Transylwanii. Pierwszy punkt na trasie dwutygodniowego wypadu śladami Drakuli. Miasto z rzymsko-dacką przeszłością, piłkarską przyszłością w Lidze Mistrzów i prawdziwie europejskim klimatem. Chłoniemy go (klimat) wszystkim zmysłami. Szczególnie wzrokiem. Rumuńsko-węgierska mieszanka kulturowa, nie pozwala pozostać obojętnym na piękno. Zarówno zabytków, jak i kobiet. 

Aby odpocząć po pełnych emocji podróżach trzeba jechać nad morze. Znanym ośrodkiem turystycznym Rumunii jest miasto portowe Konstanca, które słynie z wielu zabytków oraz 8-kilometrowej plaży z popularnym kąpieliskiem Mamaja. Historia miasta sięga VI w. p.n.e. Poza przepiękną plażą trzeba koniecznie zobaczyć plac Owidiusza, słynny kompleks rzymskich mozaik (ponad 850 m2) oraz leżący na promenadzie, nad samym morzem, bogato zdobiony secesyjny gmach kasyna, arcydzieło epoki art nouveau.

Na upartego można też polecić wizytę w Bukareszcie, nazywanym niegdyś Paryżem Wschodu. Mieszają się w nim style, mody i epoki, a samo miasto przypomina muzealną dioramę, której celem jest zaprezentowanie różnych kierunków architektury. To wszystko oszpecone jest niestety budowanymi z ogromnym rozmachem dzielnicami socrealistycznych blokowisk, które powstały w czasach rządów Nicolae Ceau?escu. Zaskakuje natomiast bogactwo nocnego życia na starówce, więc warto wpaść tu wieczorem.

Rumunia z jej krajobrazami Karpat Wschodnich i Południowych, pełnymi strzelistych szczytów, niedostępnych wąwozów, nieokiełznanych rzek, budzących respekt zamków i średniowiecznymi miastami, w których czas jakby się zatrzymał, staje się jednym z najbardziej popularnych turystycznie regionów Europy. 
Ludzie są serdeczni, życzliwi i gościnni, o czym przekonacie się sami podczas naszej wycieczki. Zadziwi Was barwna historia tego kraju sięgająca starożytności. Dowiecie się o legendarnych Dakach, skutecznie opierających się legionom rzymskim, Księstwie Siedmiogrodu, hospodarach mołdawskich, poznacie Wołoszczyznę i karty historii wspólne z historią Polski

Trudno wyobrazić sobie podróż do Rumunii bez spróbowania miejscowej kuchni, która jest mozaiką wpływów tureckich, rosyjskich i austrowęgierskich. Jej najbardziej znaną potrawą jest przyrządzana z mąki kukurydzianej mamałyga (stąd też jej nazwa: słońce na talerzu). Mamałygę podaje się o każdej porze dnia (często na śniadanie), można ją zapiec z serem lub z dodatkiem masła i śmietany. To danie nie każdemu jednak przypadnie do gustu, niektórym może bowiem przypominać kleik z czasów dzieciństwa.

Na obiad - koniecznie ciorba, czyli rodzaj kwaśnicy przygotowanej z dodatkiem warzyw i mięs, albo sarma - malutkie i owinięte w liście kapusty gołąbki, podawane z gęstą śmietaną. Do farszu używa się najczęściej wieprzowiny, choć w niektórych regionach można spotkać także gołąbki rybne. Równie pyszne są mici  kiełbaski z mielonej baraniny i wołowiny, upieczone na grillu. Nie sposób też odmówić sobie owczych serów, przygotowywanych w chatach na górskich stokach, w warunkach, które przyprawiłyby o zawrót głowy każdego pracownika sanepidu, drożdżowych bułeczek z marmoladą, grzybów w cieście czy domowych nalewek, bardzo często z czereśni.

Kolejne miejsca to:
Sighisoara to bardzo przyjemne miasteczko, które klimatem trochę przypomina Kazimierz Dolny. Miasto słynie z dobrze zachowanej i otoczonej murami starówki na wzgórzu, a jej najbardziej charakterystycznym punktem jest wieża zegarowa z XVI wieku. No i urodził tam się Drakula…podobno, o czym świadczy pamiątkowa tablica. 

Braszowa.  To miasto robi znacznie lepsze wrażenie – pięknie położona, rozległa starówka (z tego, co widać – gruntownie odnowiona) z górującym nad miastem gotyckim Czarnym Kościołem i XV-wiecznym ratuszem to miejsce, po którym można się włóczyć bardzo długo.

Rasnov, gdzie na wysokim wzgórzu znajdują się pięknie położone ruiny chłopskiego zamku. Niestety, położenie to jedyny atut tego miejsca, jeśli więc macie napięty harmonogram, możecie bez żalu odpuścić sobie to miejsce.

Bran. Tak, tak, to ten słynny zamek Drakuli, którego Drakula na oczy nie widział. A umieścił go w nim Bram Stoker – irlandzki pisarz, twórca powieści o Vladzie Palowniku, który oczywiście także nigdy nie był w Rumunii. Nie zmienia to faktu, że zamek warto zobaczyć. Tym bardziej, że bilety nie są jakieś przesadnie drogie (normalny kosztuje jakieś 25 zł, ulgowy – 10 zł). Do tego trzeba doliczyć koszty parkingu – jednorazowa opłata wynosi ok. 5 zł, choć trzeba się trochę nagimnastykować, żeby w okolicznych uliczkach znaleźć wolne miejsce.

Stolica Rumunii to turystyczna bomba z odpalonym zapłonem… metropolia kontrastów, która na każdym kroku zaskakuje i absorbuje. Miasto seksowne, asertywne, nieskrępowane. Miasto, które poszukuje dziś nowego scenariusza dla siebie. Bukareszt nie żyje ranami z czasów dyktatury. Nie hołubi wraków historii. O turystów również się nie stara. Bukareszt to miasto beztroskie. Dziś wraca do swojej przedwojennej twarzy, kiedy było najbardziej kosmopolitycznym miejscem na Bałkanach. Bukareszt, podobnie jak Buenos Aires czy Bejrut, w II poł. XIX wieku entuzjastycznie przyjął model paryski. Zawieszony kulturowo pomiędzy Stambułem i Paryżem, Bukareszt do dziś zachował cechy zachodnioeuropejskiej szykownej metropolii, jak i prowincjonalnego miasteczka bałkańskiego. Poznać Bukareszt to poznać oba te światy. Sposób, w jaki „nowe” spotyka w nich „stare” zaskakuje wizualnie i wymyka się wszelkim porównaniom. Bukareszt jest brutalnie autentyczny: w jednym miejscu pompatyczny, wyszukany i błyszczący, i tuż obok zardzewiały, przerażający skalą dewastacji i abnegacji. Stolica Rumunii to hybryda złożona ze zmiksowanych fragmentów kilkunastu różnych miast. Wymagające sporo zaparcia przedzieranie się przez ten archipelag to jedyne w swoim rodzaju niezapomniane doświadczenie. Przyjeżdża, żeby zażyć południowego zgiełku, żeby zmierzyć się ze skalą urbanistyki czasów dyktatury, poznać sakralną architekturę czasów tajemniczych Fanariotów, w końcu żeby usiąść w cieniu, w jednej z dziesiątek knajpek pulsującego Lipscani.


Komentarze