Wegierska riwiera.

Minęło ponad trzydzieści lat, odkąd Polacy przestali regularnie odwiedzać Balaton. W tym czasie węgierskie morze wypiękniało i odmłodniało. Siófok, Keszthely i Heviz znów liczą na względy polskich turystów. "Historia regionu była burzliwa", mówi historyk Csaba Kiss, który co roku przyjeżdża nad Balaton. "Od czasów rzymskich jezioro stanowiło ośrodek produkcji win. W XVI wieku przebiegała tędy granica oddzielająca Węgrów pod panowaniem Turków od Węgrów pod berłem Habsburgów. Pierwsze wille i kurorty pojawiły się w 1765 roku. Od tej pory Balaton to węgierskie Lazurowe Wybrzeże, miejsce gdzie wypada być, mieć daczę albo chociaż kawałek ziemi z widokiem na wodę. "Jeździsz nad Balaton, jesteś kimś na Węgrzech", mówią niby-żartem mieszkańcy Budapesztu. I jakoś się nie śmieją. Balaton to jednak przede wszystkim miejsce młodych. Przyjeżdżają tu z całej Europy. W Siófok, które jest balatońskim Sopotem, słychać polski, niemiecki, włoski i angielski. Co robić nad Balatonem? Opalać się, pić wino i pysznie jeść. W dzień można się wystraszyć tego miejsca. Sznury hoteli, zatłoczona plaża, która ciągnie się na długości 17 kilometrów. Jednak wieczorem na nadbrzeżnej promenadzie między hotelem Aranyhid a pensjonatem Oliwia zaczyna rozbrzmiewać muzyka, ludzie wychodzą z knajp i siadają z drinkami na plaży. Nie ma w tym kiczowatości Ibizy, więcej swojskich klimatów, z węgierskim przebojami w tle. Pod wpływem zabawy ludzie skaczą do wody. Nie warto jednak wołać ratowników. Dno jeziora jest płytko, aby popływać, trzeba odejść kilkaset metrów od promenad. Nad ranem, zdaniem miejscowych, też łatwiej leczyć kaca.
"Woda jest kryształowo czysta, można ją pić, bo ma właściwości rozcieńczonej wody mineralnej", przekonują Węgrzy. Trudno w to uwierzyć, gdy po kąpieli włosy pachną mi czymś dziwnym. Siófok to także stolica windsurfingu. Owszem, wszędzie nad węgierskim morzem można wypożyczyć sprzęt i popływać, ale to właśnie wschodnie wybrzeże cenią sobie wytrawni żeglarze i deskarze, bo wiatry są tu silne i nieobliczalne. Emocje, jak twierdzą mieszkańcy, gwarantowane. Jest jeszcze jeden powód, by pojechać do Siofók. W lipcu w tej okolicy odbywa się jeden z najlepszych europejskich festiwali muzycznych, gratka dla wielbicieli electro, drum & bassu i jazzu - Balaton Sound.
Balaton: Keszthely
Serce Balatonu bije jednak gdzie indziej. Nieoficjalną stolicą jeziora jest bowiem leżące nad północno-wschodnim brzegiem miasto Keszthely. Jego symbolem jest pałac należący kiedyś do węgierskich Radziwiłłów - rodu Festeticsów. Obiekt był oczkiem w głowie madziarskich magnatów. Budowano go od połowy XVIII wieku nieprzerwanie przez 150 lat. Monumentalny, wieloskrzydłowy pałac wieńczy wieża z fantazyjnym hełmem - tak wysoka, że nie powstydziłaby się jej żadna budapeszteńska bazylika. Na murach pełno rzeźb, balkony zdobią wymyślne kształty żelaznych okuć, w każdym narożniku pnie się strzelista kolumna. W środku (pomieszczeń w pałacu jest aż 101) złocone ściany, XVII-wieczne meble, porcelana i broń. Prawdziwą ozdobą pałacu jest biblioteka, ściany książek mają osiem metrów wysokości. Stare woluminy pysznią się do wielkich okien złoconymi literami. "To tak jak Wilanów, tylko znacznie większy. Nie mieliśmy tak dramatycznej historii jak wy, Festeticsowie mieli czas, by rozbudować swoją rezydencję", zapewnia mnie Węgierka oprowadzająca nas po pałacu. Krajobraz tego miejsca dopełnia rozległy park utrzymany w stylu angielskim. Warto przespacerować się także po samym mieście, każda z uliczek, do których przyklejone są niewielkie kamieniczki, prowadzi na plażę. Dzięki odległości od Budapesztu (około 220 km) w Keszthely jest taniej niż w innych balatońskich kurortach. Żaglówkę na cały dzień wypożyczyć można za osiem tysięcy forintów. To dwa, trzy razy mniej niż w Siófok.

Komentarze